Wiedza na co dzień
Wiedza na co dzień / Technologia / artykuł
Technologia · 8 min czytania

Jak działa komputer kwantowy. Kubity i po co to komu

Komputer kwantowy liczy inaczej niż każdy laptop, który znasz. Zamiast bitów używa kubitów, które mogą być zerem i jedynką jednocześnie. Tłumaczymy, na czym to polega i gdzie ma już zastosowanie.

⚡TL;DRstreszczenie w 60 sekund▾
Komputer kwantowy liczy na kubitach, które dzięki superpozycji są zerem i jedynką jednocześnie. Splątanie wiąże kubity tak, że zmiana jednego natychmiast wpływa na drugi, niezależnie od odległości. Zaletą jest wykładniczy wzrost mocy, lecz kubity trzeba chłodzić niemal do zera absolutnego, bo każdy szum niszczy ich stan. Algorytm Shora w teorii łamie szyfry RSA, ale nikt nie ma jeszcze dość dużej maszyny. Realne zastosowania to symulacje chemiczne i projektowanie materiałów.
Prezentacja komputera kwantowego IBM — rdzeń maszyny chłodzony do temperatury bliskiej zeru absolutnemu

Bit kontra kubit

Żeby zrozumieć komputer kwantowy, trzeba najpierw porzucić obraz liczenia, do którego przywykliśmy. Twój laptop operuje na bitach, a bit to przełącznik o dwóch położeniach: zero albo jeden. Każdy film, każdy plik i każda cyfra na ekranie to tylko bardzo długi ciąg takich zer i jedynek, przetwarzanych błyskawicznie, ale zawsze po jednym stanie na raz. Komputer kwantowy nie bawi się w ten sam schemat. Jego podstawowa jednostka, kubit, potrafi przyjąć stan, w którym zero i jedynka występują jednocześnie, w określonej proporcji. To nie metafora ani skrót myślowy — to realna własność materii w skali pojedynczych cząstek.

Różnicę najlepiej widać przy liczeniu stanów naraz. Dwa klasyczne bity dadzą ci cztery możliwe kombinacje, ale w danej chwili komputer trzyma tylko jedną z nich. Dwa kubity w superpozycji trzymają wszystkie cztery naraz, dopóki nikt nie zajrzy do środka. Trzy kubity to osiem wartości jednocześnie, a każdy kolejny kubit podwaja tę liczbę. Stąd bierze się obietnica wykładniczego wzrostu mocy: sto kubitów reprezentuje naraz więcej stanów, niż jest atomów w obserwowalnym wszechświecie. Nikt nie zbudował jeszcze idealnych stu kubitów, ale sam mechanizm działa i został wielokrotnie potwierdzony w laboratoriach.

Kluczowe słowo brzmi superpozycja. W fizyce klasycznej obiekt jest w jednym miejscu i w jednym stanie. W fizyce kwantowej cząstka może istnieć w kilku stanach naraz, a ta wieloznaczność znika dopiero w momencie pomiaru. Pomiar wymusza na kubicie wybranie jednej wartości, podobnie jak rzut monetą rozstrzyga, co naprawdę wypadło. Do tego momentu kubit zachowuje się, jakby wisiał w zawieszeniu między wszystkimi możliwościami. Cała sztuka budowy komputera kwantowego polega na tym, by wykonać obliczenia na tym zawieszonym stanie, zanim cokolwiek go zmierzy i zniszczy.

Splątanie, czyli wspólny los

Drugim filarem jest splątanie, zjawisko jeszcze dziwniejsze od superpozycji. Kiedy dwa kubity zostają splątane, ich stany przestają być niezależne. Wynik pomiaru pierwszego natychmiast determinuje wynik pomiaru drugiego, nawet gdyby dzieliły je kilometry albo kontynenty. Albert Einstein nazywał to kiedyś upiornym działaniem na odległość i uznał, że fizyka musi gdzieś tu popełniać błąd. Późniejsze eksperymenty pokazały, że nie popełnia: splątanie jest realne, mierzalne i powtarzalne w każdym porządnym laboratorium kwantowym na świecie. Teoria Einsteina okazała się tu po prostu niekompletna, a nie fizyka.

Dla komputera splątanie to narzędzie koordynacji. Dzięki niemu operacje na jednym kubicie natychmiast porządkują cały układ, co pozwala budować zależności między obliczeniami, niemożliwe do odwzorowania na zwykłych bitach. Algorytm Shora, który potrafi rozłożyć wielką liczbę na czynniki pierwsze, opiera się właśnie na tym, że splątane kubity wspólnie pracują nad jednym problemem. Zwykły komputer musiałby sprawdzać dzielniki jeden po drugim, co przy liczbach używanych w szyfrowaniu trwałoby dłużej niż wiek wszechświata. Maszyna kwantowa robi to równolegle, dzieląc pracę między stany, które istnieją jednocześnie.

Dlaczego tak trudno je zbudować

Prawdziwy problem tkwi nie w teorii, lecz w utrzymaniu stanu kwantowego przy życiu. Kubit to obiekt tak czuły, że kontakt z czymkolwiek — cząsteczką powietrza, drganiem, promieniowaniem, nawet własną elektroniką — natychmiast go zapada do jednej wartości. Zjawisko nazywa się dekoherencją i jest wrogiem numer jeden inżynierów. Z tego powodu serce komputera kwantowego zwisa z sufitu w kriostacie, schłodzone do ułamków stopnia powyżej zera absolutnego. Wewnątrz panuje temperatura zimniejsza niż w przestrzeni kosmicznej, bo tylko tak kubity zostają odizolowane od szumu termicznego otoczenia.

Do tego dochodzi problem poprawności. Ponieważ każdy kubit bywa zawodny, pojedynczy błąd potrafi zepsuć całe obliczenie, zanim zostanie odczytane. Inżynierowie rozwiązują to, łącząc tysiące fizycznych kubitów w jeden logiczny, odporny na pomyłki. Oznacza to, że maszyna zgłaszająca sto kubitów często potrzebuje w środku wielokrotnie więcej elementów, żeby te sto działało wiarygodnie. Różne firmy wybrały różne nośniki: nadprzewodzące pętle z aluminium, uwięzione jony trzymane polem elektrycznym, a nawet neutralne atomy w pułapkach świetlnych. Żadne z tych rozwiązań nie jest dziś wyraźnie lepsze, chociaż wszystkie mają zwolenników.

Co już potrafi, konkretnie

Łamanie szyfrów to błędny punkt startu rozmowy, bo to temat odległy i medialnie rozdmuchany. Realne zastosowania są spokojniejsze i już się dzieją. Najlepiej działa dziś symulacja chemii kwantowej, czyli odtwarzanie, jak elektrony zachowują się w cząsteczkach. Dokładne policzenie tego na zwykłym komputerze przekracza możliwości najszybszych superkomputerów, bo liczba stanów rośnie podobnie wykładniczo. Dla maszyny kwantowej to naturalne środowisko pracy, bo ona sama operuje na tych samych regułach. Dzięki temu firmy farmaceutyczne liczą na szybsze znajdowanie cząsteczek leków, a producenci akumulatorów na lepsze materiały

Drugi dojrzały obszar to optymalizacja. Pytania typu, jak ułożyć trasę tysięcy pojazdów albo jak uporządkować terminale portowe, żeby zminimalizować koszt, to problemy, w których liczy się znalezienie dobrego rozwiązania spośród astronomicznie wielu. Klasyczne algorytmy potrafią utknąć w rozwiązaniu przyzwoitym, ale nie najlepszym. Podejścia kwantowe, łączone zwykle ze zwykłymi komputerami, obiecują lepsze odpowiedzi w logistyce, finansach i projektowaniu sieci. Tu konkurencja nie czeka na doskonały sprzęt: działające już hybrydy klasyczno-kwantowe pokazują przewagę w wąskich, ale wymiernych zadaniach optymalizacyjnych.

Wśród przykładów opisywanych publicznie pojawiają się konkretne, nieduże sukcesy. Sprzęt kwantowy IBM i Google oraz mniejszych producentów bywa dziś dostępny przez chmurę, więc naukowcy uruchamiają na nim krótkie, symulacyjne obliczenia zamiast kupować maszynę za miliony. Publikacje z chemii materiałów pokazują obliczenia, które zwykła maszyna potwierdziłaby po przesadnie długim czasie. Nikt poważny nie twierdzi, że komputer kwantowy zastąpi laptopa. Mówi się raczej o wyspecjalizowanym koprocesorze, który przejmuje wąską klasę zadań, do których procesory graficzne i klasyczne procesory nie mają odpowiedniego chwytu.

Gdzie jesteśmy na osi czasu

Branża od lat posługuje się terminem przewagi kwantowej, czyli momentu, w którym maszyna kwantowa zrobi coś niemożliwego dla klasycznej. Google ogłosiło taki eksperyment w 2019 roku i ponownie w poprawionej formie kilka lat później. Uczciwiej mówić tu jednak o przewadze nad konkretnym klasycznym algorytmem, w jednym, wąskim zadaniu, a nie o ogłoszeniu wyższości całej technologii. Zespoły klasyczne szybko znajdowały sprytniejsze metody, które goniły wynik. To zdrowa rywalizacja, która pokazuje, że granica przesuwa się z obu stron, a nie tylko po stronie kwantowej.

Zagrożenie dla szyfrowania też warto osadzić w czasie. Algorytm Shora mógłby złamać RSA, ale potrzebuje tysięcy niezawodnych, splątanych kubitów, których dziś nie ma. Instytucje standaryzujące już i tak przygotowują tak zwane szyfrowanie postkwantowe, gotowe na scenariusz, w którym taka maszyna kiedyś powstanie. Chodzi o to, by dane szyfrowane dziś nie dały się odczytać za dwie dekady, gdy przeciwnik będzie miał mocniejszy sprzęt. Samo przygotowanie idzie więc szybciej niż budowa maszyny, co akurat dobrze mówi o przezorności kryptografów. Kto dziś zapisze cudze zaszyfrowane dane, nie zdąży ich złamać, dopóki nie zmieni się fizyka.

Co z tego wynika dla reszty z nas

Na co dzień komputer kwantowy nie zmieni w najbliższych latach niczego, co widzisz na biurku. Laptop pozostanie laptopem, telefon telefonem, a poszukiwanie odpowiedzi pozostanie zadaniem klasycznych centrów danych. Zmiana będzie podskórna i stopniowa: lepsze katalizatory, dokładniejsze prognozy, wydajniejsze akumulatory, które ktoś policzy na maszynie kwantowej w chmurze, zanim trafią do fabryk. To technologia do rozwiązywania problemów, których nikt nie potrafi dziś ruszyć, a nie do szybszego otwierania programów. Dlatego porównywanie jej do zwykłego komputera bywa mylące od samego początku.

Najcenniejsza lekcja płynie z tego, jak ta technologia powstaje. Budują ją naraz fizycy, inżynierowie chłodnictwa, chemicy i programiści, a każdy błąd na styku ich dziedzin kosztuje miesiące pracy. Tempo postępu wyznacza dziś nie geniusz pojedynczego zespołu, lecz upór w zwalczaniu dekoherencji i szumu. To dlatego zapowiedzi padają rzadko, a kamienie milowe przesuwają się częściej, niż lubiłby dział marketingu. Kiedy jednak padnie kolejna realna przewaga, warto patrzeć nie na nagłówek, tylko na to, jak szybko klasyczne komputery spróbują znów dogonić wynik. W tej gonitwie wygrywa ostatecznie nauka.

Źródła i dalsza lektura

Przeczytaj także