Wiedza na co dzień
Wiedza na co dzień / Dziki świat / artykuł
Dziki świat · 10 min czytania

1121 nowych gatunków w rok. Ocean wciąż skrywa 91 procent życia, którego nie znamy

W 2026 roku naukowcy opisali 1121 nowych gatunków morskich — wzrost o 54 procent. A to wciąż ułamek tego, co żyje w głębinach, których dna nie widział nikt.

Ryba głębinowa z rodziny oczkowatych — jeden z gatunków żyjących w strefie abisalnej

W jednym roku znaleziono 1121 gatunków, o których nikt nie wiedział

W maju 2026 roku konsorcjum Nippon Foundation–Nekton Ocean Census ogłosiło wynik, który w tej dziedzinie nie ma precedensu: tysiąc sto dwadzieścia jeden nowych gatunków morskich opisanych w ciągu jednego roku. To wzrost o pięćdziesiąt cztery procent wobec średniej rocznej z poprzednich lat. Liczby nie dotyczą mikroorganizmów ani bakterii, ale zwierząt, które da się zobaczyć i sklasyfikować: ryb, krabów, koralowców, krewetek, jeżowców i ukwiałów. Dla porównania: w całym XIX wieku opisano kilkaset gatunków morskich rocznie w najlepszych latach. Tempo z 2026 roku jest kilkukrotnie wyższe niż wszystko, co znamy z historii tej dziedziny.

Skala przedsięwzięcia wyjaśnia część wyniku. W ciągu roku zorganizowano trzynaście ekspedycji i dziewięć warsztatów taksonomicznych, w które zaangażowani byli naukowcy z całego świata. Partnerami były instytuty badawcze z Japonii, Australii i Schmidt Ocean Institute. Zamiast jednej wyprawy na rok, jak to zwykle bywa, było ich kilkanaście równolegle, a materiał opracowywano zespołowo. Taka organizacja pracy wymagała porozumienia między instytucjami co do sposobu opisu i podziału materiału, co samo w sobie jest osiągnięciem. Tradycyjnie każdy ośrodek pracował na własnych zbiorach i publikował we własnym tempie.

Najgłębsze znaleziska pochodzą z sześciu tysięcy pięciuset siedemdziesięciu pięciu metrów. To głębokość, na której ciśnienie jest ponad sześćset razy większe niż na powierzchni, a światło słoneczne nie dociera w ogóle. Zwierzęta żyjące na takiej głębokości są często ślepe lub wytwarzają własne światło, mają spowolniony metabolizm i rozwijają ciała o strukturze, która wytrzymuje wodę zgniatającą stalowe pojemniki. Organizmy z takich głębokości mają białka i błony komórkowe o budowie, która w warunkach powierzchniowych przestaje działać. To dlatego wyciągnięte na powierzchnię często nie wyglądają tak, jak na dnie, i wymagają obserwacji zdalnej.

Wśród opisanych gatunków znalazły się formy zaskakujące nawet dla badaczy. Nowy gatunek chimerolokształtnej ryby, nazywanej roboczo „ghost shark”, pochodzi z Morza Koralowego i jest dalekim krewnym rekinów i płaszczek. Inny gatunek to symbiotyczny wieloszczet żyjący wewnątrz krzemionkowej struktury gąbki, którą badacze opisują jako szklany zamek. Każde z tych odkryć jest osobnym rozdziałem w biologii. Nazwy tych zwierząt podaje się w publikacjach naukowych wraz z lokalizacją i głębokością, co pozwala innym badaczom odnaleźć to samo miejsce. Bez takich danych odkrycie pozostaje ciekawostką, a nie punktem na mapie bioróżnorodności.

Dlaczego tak mało wiemy — trzy liczby, które to wyjaśniają

Pierwsza liczba: dziewięćdziesiąt jeden procent. Tyle gatunków morskich pozostaje nieopisanych według szacunków NOAA. To znaczy, że na każdy gatunek, który nauka zdołała nazwać i sklasyfikować, przypada dziesięć, których nikt jeszcze nie widział ani nie zbadał. Ta proporcja utrzymuje się od lat i nie zmienia się szybko, mimo postępu technologicznego. Ta liczba ma praktyczne konsekwencje dla ochrony przyrody. Jeśli nie wiemy, co żyje w danym rejonie, to nie mamy podstaw, żeby uznać go za cenny — a bez tego trudno przekonać decydentów do ograniczenia wydobycia albo połowów na tym obszarze.

Druga liczba jest jeszcze bardziej wymowna: mniej niż jeden procent dna morskiego zostało kiedykolwiek bezpośrednio zobaczone przez naukowców. Według Scientific American ten odsetek jest tak mały, że zapisuje się go w tysięcznych częściach procenta. Mówiąc inaczej: znamy powierzchnię Księżyca i Marsa lepiej niż własne dno oceanu, bo do Księżyca wysłaliśmy sondy, a w najgłębsze rowy schodzili pojedynczy ludzie. Technicznie rzecz biorąc, mapowanie dna prowadzi się dziś sonarami, które mierzą głębokość i kształt terenu. Ale mapa wysokościowa to nie to samo, co wiedza o tym, co tam żyje. Znamy kształt, nie znamy mieszkańców.

Trzecia liczba dotyczy tempa pracy, nie geografii: średnio ponad trzynaście lat mija między pobraniem niezidentyfikowanego okazu a formalnym opisaniem go jako nowy gatunek. Przy słabiej zbadanych organizmach, takich jak gąbki, ten czas bywa jeszcze dłuższy, bo opis wymaga porównania z materiałem rozproszonym po muzeach na różnych kontynentach. Ten czas wynika z procedury, nie z opieszałości. Opis gatunku musi zawierać porównanie z krewniakami, odniesienia do literatury i zdeponowanie okazu wzorcowego, a każdy z tych kroków wymaga dostępu do materiałów rozproszonych po świecie.

Te trzy liczby układają się w jedną odpowiedź na pytanie, dlaczego wciąż znajdujemy nowe zwierzęta. Nie chodzi o to, że wcześniej ich nie było albo że pojawiły się niedawno. Chodzi o to, że nie mieliśmy sposobu, żeby tam dotrzeć i czasu, żeby to opisać. Ocean Census nie odkrył nowego świata — przyspieszył dokumentowanie świata, który istniał cały czas. Wniosek jest więc taki, że wzrost liczby opisanych gatunków nie oznacza, że ocean zmienił się w ostatnim roku. Oznacza, że nauka zaczęła nadążać za tym, co już zebrała, i skróciła czas oczekiwania w kolejce.

Dlaczego badanie głębin jest tak trudne

Pierwszą przeszkodą jest ciśnienie. Na głębokości dziesięciu tysięcy metrów, czyli w rejonie Rowu Mariańskiego, nacisk wody wynosi około tysiąca atmosfer. Dla porównania: na powierzchni Ziemi żyjemy pod jednym. Każde urządzenie, które ma tam pracować, musi być zbudowane tak, żeby nie zostało zmiażdżone, a szyby i uszczelnienia muszą wytrzymać różnicę ciśnień przez wiele godzin. Dla porównania: na szczycie Mount Everest ciśnienie wynosi około jednej trzeciej tego, co na poziomie morza. W głębinach działa ten sam mechanizm, tylko w drugą stronę — im głębiej, tym bardziej trzeba wszystko ściskać, a nie rozprężać.

Drugą przeszkodą jest brak światła. Poniżej tysiąca metrów panuje całkowita ciemność, a zwierzęta, które tam żyją, nie polegają na wzroku w sposób, jaki znamy z powierzchni. Badanie ich wymaga oświetlenia, które często je płoszy albo zmienia ich zachowanie, a więc naukowiec widzi coś innego niż to, co dzieje się bez jego obecności. Nawet samo oświetlenie jest problemem. Światło o wysokiej intensywności, potrzebne do nagrania obrazu, może wpływać na zwierzęta w sposób, którego badacz nie kontroluje. Obserwacja zmienia to, co jest obserwowane.

Trzecia przeszkoda jest ekonomiczna. Wyprawa na duże głębokości wymaga statku badawczego, zdalnie sterowanego pojazdu podwodnego, ekipy technicznej i tygodni pracy na morzu. Koszt jednej ekspedycji liczy się w milionach złotych, a wynik bywa nieprzewidywalny — można wrócić z materiałem, który okaże się znanym gatunkiem opisanym dawno temu w innym rejonie. Do tego dochodzi logistyka: statek badawczy trzeba wynająć na tygodnie, a pojazdy podwodne wymagają ekipy technicznej obecnej na pokładzie przez cały czas pracy. Oba te elementy kosztują za każdy dzień, niezależnie od wyniku.

Czwarta bariera jest mniej oczywista: w głębinach nie da się pracować metodą prób i błędów. Jeśli sprzęt zawiedzie na dnie, nie ma jak go naprawić, a często nie ma jak go odnaleźć. Wszystko musi działać za pierwszym razem, co oznacza długie przygotowania i konserwatywne konstrukcje, które z kolei ograniczają zakres badań. To odwrotność tego, jak działa nowoczesna inżynieria na powierzchni, gdzie można testować, poprawiać i wymieniać podzespoły. W głębinach każda awaria oznacza koniec wyprawy albo utratę sprzętu o wartości większej niż niejeden samochód.

Czym różni się podejście Ocean Census

Tradycyjna taksonomia działa sekwencyjnie: jedna wyprawa, jeden zbiór okazów, jeden zespół, który go opracowuje przez lata. Problem polega na tym, że tempo opisu nie nadąża za tempem zbierania materiału. Okazy trafiają do muzeów i czekają w kolejce, a kolejka rośnie szybciej, niż się skraca. To właśnie badacze nazywają wąskim gardłem w dokumentowaniu bioróżnorodności. Badacze pracujący nad tym problemem porównują go do biblioteki, do której codziennie dopisuje się nowe książki szybciej, niż katalogujący zdąży je opisać. Zbiór rośnie, ale katalog nie nadąża — i to jest sedno problemu, a nie brak materiału do badań.

Ocean Census odwróciło proporcje. Zamiast jednej wyprawy na rok, zorganizowano ich trzynaście w ciągu dwunastu miesięcy, a materiał rozdzielono między zespoły specjalizujące się w różnych grupach zwierząt. Do tego doszły warsztaty, na których taksonomowie z różnych krajów pracowali nad tym samym zbiorem równolegle, dzieląc się kompetencjami, których pojedynczy ośrodek nie ma. Każdy zespół brał na siebie grupę zwierząt, którą zna najlepiej, a wyniki składano w jedną całość. To pozwalało uniknąć sytuacji, w której jeden instytut opisuje gąbki, koralowce i ryby jednocześnie, tracąc czas na wszystko po trochu.

Wynik pokazuje, że metoda działa. Wzrost o pięćdziesiąt cztery procent w liczbie opisanych gatunków nie wynika z tego, że nagle znaleziono więcej zwierząt — wynika stąd, że udało się szybciej przejść drogę od okazu do publikacji. To zmiana organizacyjna, nie technologiczna, choć oczywiście bez nowoczesnych pojazdów podwodnych nie byłoby czego opisywać. Trzeba to powiedzieć wprost: Ocean Census przyspieszył nie dzięki nowym narzędziom, ale dzięki innemu podziałowi pracy. Nowoczesne ROV są oczywiście niezbędne, ale one zbierają materiał — problem zawsze leżał w jego opracowaniu.

Istotnym elementem jest też otwartość danych. Platforma NOVA gromadzi informacje o nowych gatunkach w formie dostępnej publicznie, a nie w zamkniętych bazach instytucji. Dla ochrony oceanów ma to znaczenie praktyczne: decyzje o wyznaczaniu obszarów chronionych wymagają wiedzy o tym, co tam żyje, a dane zamknięte w muzealnych archiwach nie służą nikomu poza wąskim gronem specjalistów. Dla ochrony oceanów znaczenie ma też czas. Decyzje o obszarach chronionych podejmuje się w oparciu o istniejące dane, a jeśli proces opisu trwa lata, to ochrona przychodzi po fakcie. Otwarte dane skracają tę drogę.

Co jeszcze może tam żyć

Odpowiedź naukowców jest ostrożna, ale jednoznaczna: prawie wszystko jest jeszcze możliwe. Skoro dziewięćdziesiąt jeden procent gatunków jest nieopisanych, a znamy mniej niż jeden procent dna, to każda wyprawa w nowe miejsce może przynieść zwierzę, którego nikt wcześniej nie widział. Ograniczeniem jest dostępność sprzętu i finansowanie, nie brak życia. Ograniczeniem jest zatem organizacja, nie potencjał. Każde miejsce, w którym działalność ludzka wyprzedza rozpoznanie, jest rejonem, gdzie można stracić gatunki nieopisane przez naukę. To dotyczy zwłaszcza obszarów atrakcyjnych dla wydobycia surowców.

Największe niewiadome dotyczą rejonów, w których nikt nie prowadził systematycznych badań. Rowy oceaniczne są znane lepiej niż podmorskie góry, bo te pierwsze przyciągają uwagę mediów i sponsorów. Tymczasem góry podwodne, których odkryto tysiące w ostatnich latach, tworzą lokalne ekosystemy o własnych gatunkach, a przebadano z nich zaledwie ułamek. Podmorskie góry mają przy tym dodatkową cechę: izolują populacje. Zwierzęta żyjące na szczycie jednej góry rzadko mieszają się z tymi z drugiej, więc każda może mieć własne, endemiczne gatunki. Na jednym obszarze może więc czekać wiele nieznanych zwierząt.

Osobnym obszarem są mikroorganizmy i zwierzęta tak małe, że nie widać ich gołym okiem. Ich opisanie wymaga innych metod niż zdjęcia i okazy, a ich rola w ekosystemie bywa większa niż zwierząt, które znamy. To obszar, w którym nawet liczba nowych gatunków opisanych w ciągu roku może być zaniżona o rzędy wielkości. To także wyjaśnia, dlaczego badania mikroorganizmów są osobno trudne: wymagają hodowli albo sekwencjonowania, a nie zdjęcia. W praktyce oznacza to, że część bioróżnorodności głębin jest niewidoczna nawet dla kamer o wysokiej rozdzielczości.

Jest wreszcie wątek, który badacze podnoszą coraz częściej: część gatunków może zniknąć, zanim zostanie opisana. Ocean Census wprost pisze o wyścigu z czasem. Jeśli dno oceanu jest przedmiotem wydobycia surowców albo trałowania, to obszary najbardziej bogate w nieznane życie mogą zostać przekształcone, zanim ktokolwiek zdąży sprawdzić, co tam żyło. To wątek, który nie zawsze pojawia się w opowieściach o odkryciach, bo trudno o nim pisać medialnie. Ale to właśnie tu splatają się badania naukowe z decyzjami gospodarczymi, które zapadają szybciej niż publikacje taksonomiczne.

Jak wygląda typowe odkrycie

Proces zaczyna się od pojazdu podwodnego, który rejestruje obraz i pobiera próbki na wybranej głębokości. Zdalnie sterowane ROV są dziś podstawowym narzędziem, bo pozwalają pracować godzinami bez ryzyka dla ludzi. Nagrania i okazy trafiają do instytutu, gdzie zostają wstępnie uporządkowane według grup zwierząt i przekazane specjalistom. Każdy obraz trzeba potem opisać: gdzie został nagrany, na jakiej głębokości, w jakim środowisku. Bez tego materiał nie ma wartości naukowej, bo nie da się go powiązać z innymi obserwacjami ani porównać z istniejącymi bazami.

Dalej zaczyna się żmudna praca porównawcza. Taksonom musi ustalić, czy organizm różni się od wszystkich znanych gatunków, a to wymaga dostępu do zbiorów referencyjnych, literatury i często materiału z innych kontynentów. Dopiero wtedy opisuje się gatunek formalnie, nadając mu nazwę i publikując diagnozę, która pozwala innym odróżnić go od krewniaków. Część pracy polega na odrzucaniu własnych hipotez. Badacz często jest przekonany, że znalazł coś nowego, żeby po porównaniu z materiałem z innego kontynentu odkryć, że gatunek opisano trzydzieści lat wcześniej. Takich przypadków jest więcej niż sukcesów.

Na końcu następuje weryfikacja przez środowisko naukowe. Nazwa musi być uznana, a okaz typowy zdeponowany w kolekcji muzealnej, do której inni badacze mają dostęp. Bez tego nie można mówić o nowym gatunku w sensie naukowym, choćby zwierzę było nieznane. To właśnie dlatego proces trwa średnio trzynaście lat, a nie tyle, ile zajmuje samo znalezienie zwierzęcia. Każdy z tych kroków wymaga pracy ludzi, którzy jest ich niewielu. Liczba taksonomów na świecie spada od dekad, bo to zajęcie nie daje szybkich publikacji ani spektakularnych wyników. To jeden z powodów, dla których opisywanie gatunków idzie wolniej niż ich zbieranie.

Cały ten łańcuch wyjaśnia, dlaczego przyspieszenie nie polega na szybszym nurkowaniu, ale na skróceniu przestojów między kolejnymi etapami. Jeśli materiał z wyprawy czeka dwa lata na to, aż ktoś się nim zajmie, żadna technologia nie pomoże. Zmiana organizacyjna działa szybciej niż nowy sprzęt. Wzrost liczby opisanych gatunków w 2026 roku jest więc wynikiem pracy zespołowej i przemyślanej organizacji, a nie jednego przełomu technologicznego. To dobra wiadomość, bo takie zmiany można powtarzać i skalować.

Źródła i dalsza lektura

Przeczytaj także